Dolny Śląsk. Kultura, historia, folklor i subiektywne obserwacje codzienności. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone. Kopiowanie tekstu lub fotografii w części lub całości bez zgody - zabronione .
Kategorie: Wszystkie | ...folklorystyczne i codzienne opisywanie świata... | ...subiektywna półka, też archiwalna... | ...z dziejów Dolnego Śląska... | Tajemnica Ciotki
RSS
sobota, 12 maja 2012
Nadgorliwość gorsza od faszyzmu, czyli być bardziej papieskim niż papież, a koko euro spoko pod oknem każdego dnia

 Prenumeruję (od lat) jeden z tytułów związanych z kulturą ludową. Czasopisma przychodzą systematycznie. Początkowo płaciłam przy odbiorze, teraz – chyba już racji zaufania - mam załączaną fakturę.  Poza tym znam już dość dobrze owo wydawnictwo, ponieważ jestem zrzeszona od kilku lat w ,,towarzystwie”, jakie przy nim działa. No i ostatnio w tymże państwowym wydawnictwie zamówiłam książki na kwotę 391,50 zł.  Teraz znów chciałam za podobną kwotę (czyli jestem raczej dobrą klientką, tak sobie naiwnie myślę…), ale, jak się okazało, nie ma tak ,,hop-end-siup”. Podczas rozmowy telefonicznej poinformowano mnie, że zalegam z ,,niedopłatą” i już nawet mieli wysłać ponaglenie, bo sympatia do mnie sympatią, ale księgowej musi się wszytko zgadzać. Nie ukrywam, że skoczyło mi ciśnienie, bo pamiętam, że przelew puściłam od ręki. W kolejnym ułamku sekundy pomyślałam, że może nie doszedł, może coś pomyliłam i zrobiło mi się strasznie wstyd… Ale, jak się okazało, wpłaciłam o całe… 35 gr mniej, czyli 391,15 zł zamiast 391,50 zł.  Ciekawe, jaki jest koszt wysłania ponaglenia?

I jeszcze hymn na Euro. Ten gra non stop i wszędzie. I wcale się nie dziwię, że akurat wygrała ta propozycja. Nie wiem, dlaczego wszyscy tacy zaskoczeni? Wszak trzeba przyłożyć ucho i posłuchać, co ludziom na co dzień do tego ucha wpada najchętniej. I to od wieków;) Folkloryzm (sztuczne wprowadzanie na scenę elementów ludowych) ma się ostatnio dość dobrze. Ponadto komponuje się w ludowe logo Euro;) A propo’s, ostatnio ludowe wzornictwo zauważyłam nawet na opakowaniu masła. A prawdziwy folklor podwórkowy, to mam pod oknem. Codziennie. I jak ,,chłopacy” pytają, czy nie za głośno, to odpowiadam im ,,spoko”. Bo to zawsze lepiej mieć grupkę nastolatków za sobą niż przeciw – taka ludowa mądrość, aby nie tracić instynktu samozachowawczego i nie deptać na odcisk silniejszym i większym;) Poza tym zawsze ma kto pomóc przy dźwiganiu sadzonek do ogródka;)

 

niedziela, 06 maja 2012
O pięknie znów. I wsi

Tym razem naszego regionu. W tzw. długi weekend co prawda byłam ‘’aż” dwa razy w pracy, ale za to pozostałe dni spędziłam dość rozjazdowo na łonie natury. I po raz kolejny napiszę, że u nas jest pięknie:) I w Górach Sowich (widok z Wlk. Sowy rewelacyjny przy fantastycznej przejrzystości powietrza), w ich dolinach; ponadto w calutkiej Kotlinie Kłodzkiej, i w Błędnych Skałach. Nie wiem, jak ludzie mogą mieszkać na ,,plaskaczach”, gdzie nie ma pagórków, gór czy choćby wzniesień. U nas są różne perspektywy – w zależności, czy stoi się na szczycie góry, czy u jej stóp. A na ,,plaskaczach”?  Guzik. Wciąż tak samo. Nuda.  Co prawda, łatwiej tam pokonywać odległości z perspektywy dwóch kółek, ale za to jaka frajda zdobyć górkę na rowerze.  I te widoki! Pola jak od linijki: tu zorany brąz, tu jasna zieleń, tam żółć rzepaku… A po drodze wąskie uliczki z niziutkimi domkami, przydrożnymi kapliczkami i monumentalnymi świątyniami pamiętającymi swoje czasy świetności sprzed dwustu lat. Ja wiem, że wszyscy znają nasze tereny, że to banalne pisać o ich, że pięknie, ale i tak zacznę zabierać ze sobą aparat, bo mimo że utrwalam zdjęcia w pamięci, to myślę, że czasem nowo odkrytym miejscem może warto byłoby się podzielić. Bo może ktoś jeszcze nie widział odsłoniętego niedawno miejsca  ujęcia wody przy drodze (przechodzącej w leśną) prowadzącej od parkingu w Sokolcu na Wlk. Sowę. Chodziłam tamtędy wielokrotnie, ale dopiero wycinka drzew pozwoliła mi dostrzec to zabytkowe cudo.

I zasłyszane na trasie: mamy trzy rodzaje oznaczeń toalet - kółko dla kobiet, trójkącik dla panów i serduszko. Dla wieśniaków. I wcale się nie obrażam, choć ze wsi jestem. I nawet krowę kiedyś zdarzyło mi się doić i kurę skubać;) Tyle że toaletę miałam najnormalniejszą w świecie, nie sławojkę z serduszkiem;(

piątek, 04 maja 2012
Człek brzydki w środku, marzy o pięknie

Przeżywam dziś maturę z polskiego. Bo mój ,,uczeń” pisze… Co roku obiecuję sobie, że nigdy więcej korków, no bo przecież tyle innych zajęć, a potem ten stres/odpowiedzialność, jak komu pójdzie. Pan H. (duuużo starszy maturzysta) raczej powinien zadać. No, ale przypadki chodzą po ludziach. Dzwonił zaraz po napisaniu, że niby ok, że zadowolony.  Ale dopóty, dopóki nie zobaczę wyników, nie odetchnę.

A propo’s matury: jak donoszą media - twórca matury pochodzi spod Wałbrzycha. Karl von Zedlitz, urodzony  w 1731 roku w Czarnym Borze; pruski minister wprowadził maturę w 1788 roku.  Pochowany w Walimiu i choć sama nie chciałabym, aby moje pośmiertne fotografie krążyły po sieci (ba! nawet do obecnych  ,,żywych” mam zastrzeżenia), to podsuwam ciekawy link (nawet po śmierci zachował swe piękno, tak na marginesie)  http://www.gminawalim.pl/2011/11/tajemnice-walimskiej-krypty-koscioa-sw.html

 Ale nie tylko o maturze miało dziś być.

,,Służące” – piękny, mądry, ciepły film pokazujący codzienne, ciężkie życie Murzynek - służących w domach białych, w latach 60. XX w. Zapewne większości miłośników dobrego kina produkcja jest znana, ale ja obejrzałam ją dopiero wczoraj. I naprawdę mnie ujęła! Gorąco polecam! Rzecz na podstawie powieści   Kathryn Stockett ,,The Help”.  Pada tam m.in. zdanie, że piękno jest w nas – wcale niebanalne, biorąc pod uwagę kontekst wypowiedzi.

 A we mnie brzydota. Bo kolejna rzecz , do której chcę gorliwie zachęcić, to – polski kryminał. Dla miłośników Krajewskiego. Jest już jego nowa powieść  ,,Rzeki Hadesu”. Pewnie równie paskudna i obrzydliwa, co poprzednie, z ,,Liczbami Charona” na czele. Ale i tak przeczytam jednym tchem. Widocznie i takie ,,paskudy” są człowiekowi do ,,życia wewnętrznego” niezbędne.

Choć  nie ukrywam, że marzy mi się powieść w stylu ,,The Help”. Do napisania.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012
ŻEBY TE PLUSY…

Znowu ,,zaszalałam" i kupiłam co nieco kwiatów, dostałam też od koleżanki z pracy (a raczej znajomej, ,,per pani” jesteśmy) sadzonki irysów i mieczyków. No i znów spędziłam popołudnie w ogrodzie, a raczej na poletku ziemi w centrum miasta;).  Umęczona (machnie szpadlem to najlepsza kuracja odchudzająca) wróciłam do domu, zmyłam z siebie ziemię  (na stopach można było sadzić marchewkę, bo zachciało mi się japonek, do ogrodu. Boże, gdzie ja podziałam rozum?...)klapnęłam w końcu na kanapie i zaczęłam przeglądać katalog z Castoramy.   Patrzę, tu piękne kwiaty, tam krzewy, wiec myślę, że kupię w kolejnej turze.  Przerzucam kartki dalej i…  osiem stron o preparatach przeciw szkodnikom i preparatach leczących różne choroby roślin… Rany! Jak sobie pomyślałam, że to też mnie czeka, to aż mi się odechciało kolejnych nasadzeń.  PR mają słaby;) Ale sądzę, jeśli będę mieć w pracy trudniejszy dzień, to nie tylko ,,ręcznie" poodchwaszczam, ale też i przekopię wszystko od nowa;) i to bez żadnej zbytecznej chemii.

Właśnie, zapomniałam paru słów o pracy, a sporo się zmieniło.  Przede wszystkim z 5-ciu pań-kobiet pracujących – nazwijmy to – w moim ,,dziale”, zostałyśmy dwie.  Pozostałe dwie wyautowane gdzie indziej, jedną w ogóle.  W ich miejsce są już nowe, przeniesione skądś tam indziej, ale okazuje się mądrość starej prawdy, że nie ma ludzi niezastąpionych. Pracuje się naprawdę ok, a jak zabierano mi koleżankę z pokoju, to było mi ciężko... A tu jednak człowiek jak kameleon: ma zdolności adaptacyjne i do miejsc, i do nowych ludzi, być może dlatego, że się niepotrzebnie nie uprzedzałam i starałam ,,nowej" pomóc (taka psychologiczna zależność ponoć się potem rodzi).  Ale pamiętam, że jak przyszłam do pracy w ogóle w to miejsce, to też mogłam liczyć na pomoc innych i w końcu powiedziano mi, że się szybko zaadoptowałam.  Muszę jednak przyznać, że kiedy zachodziły teraz te zmiany kadrowe, to ja również zaczęłam porządkować swoje rzeczy, aby mieć mniej do prze- lub wynosin.  I aby nie zostawiać po sobie bałaganu.  Ja zostałam, a bałagan się wyniósł. Czyli nie ma tego złego; )

 

sobota, 28 kwietnia 2012
Bitwa w Pałacu Jedlinka

Pomysł ciekawy. Naziemna inscenizacja (przynajmniej I cz.) taka sobie, ale pokaz lotniczy!… Czapki z głów! Rewelacja!!!

Widziałam kiedyś podobną rekonstrukcję w czeskim Starkovie, tyle że ,,naziemną” . Mniej medialnego szumu, mniej widzów, ale sam pokaz niesamowicie realistyczny, więc ta z Jedlinki do niego nie umywa, trzeba to uczciwie przyznać - i pod względem kostiumów, i akcji, i przekazu – choć cały czas piszę o I cz. z godz. 15.30. Choć miało być o 15.00. Nie lubię takich opóźnień i czekania, aż inni przyjdą. Szanujmy czas tych, którzy potrafią się zorganizować i być kwadrans przed planowanym rozpoczęciem.

Lotnicy dali zapierający dech w piersiach pokaz i jedyną niedogodnością był upał (można sobie wyobrazić, jak czuli się Krzyżacy w pełnym rynsztunku na słońcu latem 1410…).

I tak to promuje się nasz region przez II wojnę światową. Choć – aby oddać prawdę, trzeba napisać, że przez ludzi z pasją;)  I trzeba uczciwie dodać, że jeśli chodzi o tembr  i ton głosu, to Łukaszowi niewiele brakuje do Wołoszańskiego.

Ale inscenizacji naziemnej z Jedlinki do Starkova i owszem. I to także z różnych innych względów;)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Przypadkowa kreacja losu

Zastanawiam się nad rolą przypadku w życiu. I zaczynam wątpić. Wszystko to raczej misternie uknuta sieć zdarzeń i osób. Pytanie tylko, przez kogo?... Siłę wyższą czy nas samych, kierowanych (pod)świadomymi motywami.

Ostatnio miałam dość rozjazdowy czas. I tak np. byłam na fantastycznej (pod każdym względem!) konferencji naukowo-szkoleniowo-dydaktycznej w Poznanskiem.. Występowałam po prelegentce, która mówiła o Oświęcimiu, a ja 6 dni wcześniej w tym Oświęcimiu byłam (miejsce wywarło na mnie ogromne wrażenie). Co więcej, mówiła m.in. o świadkach historii, a mój występ był również związany z tą tematyką, co wcale nie było takie oczywiste, bowiem konferencja interdyscyplinarna (język, literatura, kultura), z trzema językami wykładowymi (jakiż to człowiek ubogi w kontaktach towarzyskich, kiedy to od rozmowy bolą ręce!...). To taki jeden z przypadków. W uzupełnieniu dodam, że tydzień przed wyjazdem do Oświęcimia (którego to wyjazdu w ogóle nie planowałam), rozmawiałam z kolegą doktoryzującym się z jednego z tematów oświęcimskich; opowiedział m.in. o przyczynach oficjalnych i nieoficjalnych pobytu Bartoszewskiego za murami obozu.  O Bartoszewskim, całkiem przypadkowo, wspomniał także przewodnik w Oświęcimiu. Oj i takich ,,przypadków" jest wiele.

Z ciekawostek – będzie referendum w Głuszycy. I znów można elaborat napisać na temat kreowania wizerunku w mediach, lokalnej społeczności, etc. Ale co ja się będę wymądrzać – wszak jak mówiłam, jak się mogą potoczyć dzieje po PR'owskiej prezydentury dra Serce, to i tak wszyscy mówili, że jestem sceptyczna i nie mam racji. 

Z rzeczy ważnych nadal nie mam nic do napisania, dlatego wpisów wciąż brakuje. No, może tyle, że ogródek powoli nabiera jako takiego wyglądu, ale nie wiem, kiedy skończę, bo prócz pracy wpadłam w wir korepetycji i innych niepotrzebnie wziętych sobie na głowę obowiązków. Obiecuję już sobie, że to po raz ostatni. Tyle tylko, że od kilkunastu lat też sobie obiecuję, że w końcu solidnie zacznę się uczyć języka obcego;)

niedziela, 08 kwietnia 2012
Wiosna. Tyle że nie za oknem, ale nic nie szkodzi, damy radę;)

Żyję i mam się dobrze;) Tyle że czasem doba za krótka. Milczałam ponad miesiąc, w którym niby co nieco się wydarzyło, ale teraz – z perspektywy połowy kwietnia – wydają się to rzeczy mało istotne. Norma;)

Przyrodzie nieco pomyliły się święta, ale ludziom nie – jak zwykle w gorączce i szale zakupów wywieźli z marketów wszystkie jajka (ich cena tradycyjnie wzrasta przed świętami), baranki i inne temu podobne… Zamawiają chleb w piekarni, aby im przypadkiem nie brakło, a to tylko jeden dzień więcej wolnego niż zwykle. W każdym razie ,,konsumpcyjny” – i to dosłownie – wymiar świąt ma się dobrze.

Ale są też dobre obserwacje: pisanki, stroiki i ręcznie robione palmy wracają do łask. Temat-rzeka, może kiedyś się zbiorę i dokładnie to opiszę.

Obecnie, prócz ,,świętowania”, które u mnie ma wymiar z jednej strony odpoczynku duszy od codzienności, a z drugiej uwielbianego trwania w kuchni (pieczenie chleba, przygotowywani mięs, ciast, itp. z pytaniem: i kto to zje?), zajmuje się na poważnie doprowadzeniem ogrodu do stanu miłego dla oka. Nabyłam już w drodze kupna 200 szt. wierzby energetycznej (może nawet zajmę się w przyszłości wyplataniem koszy… - żartowałam) oraz fuul sadzonek. Może pójdę zatem w ogrodnictwo, może z torbami (bo drogie to wszystko jak cholera), zobaczymy.

No i nowe info dla stałych Czytelników: oprócz historii z Panem A. (najnowsza jest taka, że jedząc śniadanie, zwrócił mi uwagę, abym nie kupowała ogórków, bo one teraz takie bez smaku, jak ten, który właśnie teraz je…; zaskoczył mnie tym, bo żadnych nawoziaków nie kupiłam, no, ale okazało się, że faktycznie to zielone jest bez smaku, bo to cukinia). A więc oprócz Pana A. pojawią się jeszcze wpisy dotyczące ,,Młodego”. Otóż Młody zjadł, zgodnie z tradycją ludową, kotka z bazi, jaką poświęcił w palmie (,,aby gardło nie bolało”). Uparł się na znajomość w praktyce jakiejś tradycji związanej z palmą, to mu powiedziałam, chciał, zjadł i ok. Ale ,,praktyką" pochwalił się w szkole. I zrobiła się jazda, że matka każe dziecku jeść bazie, a może sarna na nią nasikała i co teraz? No więc powiedziałam mu, co – jak się okazało, powtórzył - że sarna nie jest w stanie tak wysoko podnieść nogi…

 

Ps. Ciekawostka, odkryta przypadkowo całkiem: ,,Bóg śmierci”, ,,Gniew tytanów”, ,,Igrzyska śmierci” – repertuar wałbrzyskiego kina na święta.

środa, 29 lutego 2012
Cudowne ozdrowienie

Jak donoszą agencje prasowe (PAP, Londyn) codziennie w Europie z powodu choroby płuc umiera 550 osób, w Polsce 8 tys. rocznie (PAP, Gazeta.pl). Na świecie tylko na raka płuc 1,3 mln osób rocznie.

I od razu człowiek ozdrowiał. Internet to jednak panaceum na wszelkie choroby;)

Pani w szkole pyta dzieci:
- Ile człowiek ma płuc?
- Dwa! – zgłasza się Jaś.
- Doskonale Jasiu. A skąd ty to wiesz?
- Bo widziałem, jak się moja siostra kąpała.

Kampania promocyjna Dolnego Śląska z Powiatem Wałbrzyskim

środa, 22 lutego 2012
,,Żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów"

Narcystyczne samce ,,alfa” są pozbawione empatii. No, chyba że chodzi o nich samych – wówczas są bardzo wymagający: współczucia, troski, obecności, zaaferowania. Bo to wszyscy wokół mają nadskakiwać, odgadywać humory i ścielić czerwone dywany. Niech spadają, jelenice też wyzdychały. I miłość, szacunek, ba! zależność rodzinna czy służbowa nie mają tu nic do rzeczy. Bo wszystko powinno działać w dwie strony. Jeśli kto ktoś czegoś oczekuje, to też powinien coś dać – niech to się nazwa filozoficznie ,,przepływem’ energii albo przyziemnie ,,zdrowym rozsądkiem”.

A więc mamy tak: samiec alfa (sztuka jedna, ale jak ktoś lubi, może być i więcej), nieco władzy, sporo kasy, szczypta seksu (na podściółkę słoma z butów, koniecznie) i mamy Piotrusiów Panów vel Jestem Taki Boski, Malkontentów, Despotów, Krętaczy, Pseudemacho. Sami chłopcy, tylko z wiekiem zabawki im zdrożały. Wśród nich są też ci w krótkich spodenkach, bawiących się w politykę; stojący na świecznikach i ci, co to przy nich są dopóty, dopóki blask tychże świec ich ogrzewa… Tak naprawdę większość z nich określona jest pozycją i kasą albo tymi, kto do nich wokół. Analogicznie jest z tymi bawiącymi się w tzw. biznesy. Blichtr przesłania ich samotność - większość ,,świecznikowych” ludzi nie ma na kogo liczyć; dookoła mają tylko klakierów, którzy to przy najbliższym niepowodzeniu dadzą przysłowiowego drapaka, a w przypływie dobrego serca może nawet zrezygnują z podłożenia świni.

W czasach wszechobecnego konsumpcjonizmu, to ,,mieć” nas określa: mam pracę, władzę, dom, dwa konta, samochód, ba! nawet żonę/męża. Mam. Bo to moja własność. I jakby tak szlag wszytko trafił, to okaże się, że nic nie mam. Więc jestem nikim – dla siebie i innych.

A tyle na świecie jest pięknych rzeczy: jest słońce za oknem, ciekawe książki na półce, gra w Monopoly z Młodym, smaczna kawa w dobrym towarzystwie… Jest się zdrowym, zadowolonym, pogodnym, życzliwym… jest się wdzięcznym za tak wiele dobrych rzeczy, jakich doświadcza i w życiu. Po prostu się jest bez względu na pozycję i cyferki na koncie;)

Tylko tych prawdziwych mężczyzn już nie ma, bo dziecinnieją …. Szkoda. Że tak sobie westchnę na koniec;)

 

 

niedziela, 19 lutego 2012
Z cyklu ,,pretensje do garbatego, że ma dzieci proste", czyli też słów kilka o PiS
środa, 15 lutego 2012
Trochę na wesoło;)

GRUNT, TO MĄDROŚĆ LUDOWA;) RODZICÓW

(1)

Jasiek zaprosił swoją mamę na obiad w mieście, w którym studiował. Wynajmował tam małe mieszkanko razem z koleżanką Justyną. Jednak, kiedy matka przyjechała do synka, nie mogła nie zauważyć, że współlokatorka syna jest wyjątkowo ładną i seksowną blondynką. Jak to każda matka, zaczęła się zastanawiać, czy aby z tego ich wspólnego mieszkania nie wynikną jakieś problemy. Syn zauważył, jak matka patrzy na Justynę i kiedy byli sami, powiedział:
- Domyślam się o czym myślisz, ale zapewniam cię, że ona i ja jesteśmy tylko współlokatorami. Nic nas nie łączy.


Tydzień później Justyna pyta się Jaśka:
- Słuchaj, nie chcę nic sugerować, ale od ostatniego obiadu z twoją matką, nie mogę znaleźć mojej pamiątkowej cukierniczki. Chyba jej nie wzięła, jak myślisz?
Jasiek zdecydował się napisać list do matki:
"Droga mamo, nie piszę, że wzięłaś pamiątkową cukiernicę Justyny, nie piszę też, że jej nie wzięłaś. Fakt jednak pozostaje, że od kiedy byłaś u nas na obiedzie tydzień temu, nie możemy jej znaleźć."


Odpowiedź przyszła parę dni później.
"Drogi Jasiu, nie twierdzę, że sypiasz z Justyną, nie twierdzę też, że z nią nie sypiasz. Fakt jednak pozostaje, że gdyby Justyna spała we własnym łóżku, już dawno by ją znalazła. Buziaczki, Mama"

(2) 

Starszy pan dzwoni z Phoenix do swojego syna w NY i mówi:
- John, przykro mi jeśli zepsuję Ci dzień, ale musze Ci coś powiedzieć. Twoja matka i ja postanowiliśmy się rozwieść. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że 45 lat to wystarczająca ilość czasu i nie ma co się więcej ze sobą męczyć.
- Ale tato! Co Ty opowiadasz!?
- No niestety, ale już nawet patrzeć na siebie nie możemy, a zresztą nie chce mi się nawet o tym gadać, więc może Ty zadzwoń do swojej siostry, do Chicago i jej o tym powiedz - stwierdził ojciec i odłożył słuchawkę.
Syn cały przejęty dzwoni szybko do siostry:
- Mary, nasi starzy chcą się rozwieść!
- Co?? O nie, nie pozwolę na to! Dzwonię do nich - kończy rozmowę i dzwoni do Phoenix.
Odbiera jej ojciec, ale Mary nie dopuszcza go do głosu tylko woła:
- Tato! Nie możecie się rozwieść! Nie róbcie nic dopóki mnie tam nie ma. Zaraz dzwonię do Johna i jutro u was jesteśmy. Wszystko wspólnie sobie wyjaśnimy i na pewno będzie dobrze. Tylko nic nie róbcie bez nas! - po czym się rozłącza.


Ojciec odkłada słuchawkę, odwraca się do swojej żony i mówi:
- Zrobione, będą na Wigilii, tylko co wymyślimy na Wielkanoc?

...  I BEZ MĄDREGO LANSU NIE MA AWANSU;)

Czterech krawców mieszkających na tej samej ulicy w mieście postanowiło nieco zareklamować swe interesy. Jeden pewnego dnia wypisał sobie szyld: ,,Tu szyje najlepszy krawiec w Polsce", drugi w odpowiedzi ,,Tu szyje najlepszy krawiec w Europie", trzeci na to: ,,Tu szyje najlepszy krawiec na świecie", czwarty zaś, skromniutko: "A tu szyje najlepszy krawiec na tej ulicy".

poniedziałek, 13 lutego 2012
Święto kupców

Ja rozumiem Tłusty Czwartek, Ostatki, Dzień Kobiet... Ba! Nawet Matki Boskiej Gromnicznej przeżyłam. Ale Walentynki?!... Przecież to już nawet nie nastolatkowie wzbogacają kramy z bele-czym, coraz więcej również i w statecznym wieku. Poza? Moda?... Bo w miłość nie uwierzę. Żeby oddać sprawiedliwość, należy napisać, że i owszem, niekiedy się zdarza. Ale z nią podobnie jak z kulturą przez wielkie ,,K" - dla elit.

Dlatego jestem zaskoczona tym wielkim ,,buuum" dookoła... Że kultura masowa dominuje, że kicz sztuką szczęścia... wszytko jestem w stanie pojąć, ale żeby tak obce nam kulturowo Walentynki weżnęły się w polską rzeczywistość dorosłych ludzi?... 

Zaskakujące. Ale ciekawe, niewątpliwie. Widocznie uwidacznia niewidoczną potrzebę;)

niedziela, 12 lutego 2012
Wałbryski ugór

,,Wałbrzych jest miastem głęboko chorym” – powiedział jego prezydent w którymś z ostatnio udzielonych wywiadów… zabrzmiało to trochę niestosownie.

Trzeba jednak przyznać, że ,,coś” z tym miastem jest nie tak; przestrzeń piękna, ludzie różni (jak w każdym innych miejscu), ale pewnym fatum można mówić… albo szukać w ten sposób wymówki dla własnej nieudolności.

Z perspektywy kulturoznawcy (z ,,podpórką” socjologiczną) mogłabym rzec, że dominacja w powojennej przestrzeni akurat grupy osadników, a potem przez dziesiątki lat dotowanego górnictwa, które swoim pracownikom  stworzyło uprzywilejowaną pozycję (,,mnie się należy”), zrobiły swoje. Ale to jedna z teorii, dość pragmatyczna. Dla niektórych nie do końca sprawiedliwa.

Wczoraj, po obejrzeniu filmu ,,Róża” uświadomiłam sobie, że wymiar duchowy (bądź ,,energii” , różna jest nomenklatura), (z)robi(ł) swoje.

Zacznę od tego, że po przeczytaniu wszelkich możliwych peanów pod adresem filmu, miałam po wyjściu z kina pewien niedosyt. Bo że były gwałty zbiorowe, że nie tylko okupant przeciw Polakom, ale i Polak występował, że mieszkającym tam mówiono, że to nie ich ziemia, to jest niestety prawdą. Ale to nic nowego, nic, o czym bym nie wiedziała.

Podobne rzeczy miały miejsce i w Wałbrzychu, choć dodałabym tu jeszcze masowe samobójstwa, o których reżyser nie wspomniał. Czyżby na Mazurach ich nie było?  Należałoby to sprawdzić. W każdym razie ,,u nas” były: w nocy z 8/9 maja, kiedy to do Wałbrzycha od strony Świebodzic wkroczyła Armia Czerwona, odnotowano ich ponad 700. Wiadomo o nich, ponieważ Niemcy bardzo skrupulatnie odnotowywali w aktach zgonu przyczynę śmierci. Często było tak, że mąż zabijał żonę, ojciec dzieci. Na końcu siebie. Niesława  ,,ruskich’’ żołnierzy kroczyła zawsze przed nimi.  Oczywiście, nie każdy ,,ruski” (jak ich określano), był mordercą i gwałcicielem. Jeśli dodam, że w swoich szeregach mieli także szlachetnych, to nie skłamię.  I tak sobie myślę, że skoro w Wałbrzychu przez blisko rok stacjonowało 15 tys. żołnierzy wspomnianej armii, że jeśli w tamtych czasach chronili się tutaj też i AK-owcy, działały już służby bezpieczeństwa, żyli jeszcze Niemcy, a i oficjalnie odnotowywano sporą przestępczość, to niejedna umierająca, niejeden z poderżniętym dla paru marek gardłem, umierał, przeklinając ziemię i tych, którym przyjdzie tu żyć.  Dołożyć można jeszcze te kilkadziesiąt tysięcy  umierających w Górach Swoich przy drążeniu tajemniczych podziemi,  wypędzanych z ich ziemi Niemców, przesiedlonych ze Wschodu repatriantów, którym też niełatwo było tu zaczynać życie, czy też czujących się oszukanymi przez władzę ludową repatriantów.

Tu nie ma dobrej energii.

I nie chodzi o to, aby rozpamiętywać ludzką krzywdę i żyć przeszłością. Wystarczy pamiętać po to, aby nie powtórzyć. Choć patrząc na dzieje ludzkości nie sposób oprzeć się wrażeniu, że im bliżej współczesności, im bliżej zdobyczom cywilizacji i ludzkiego rozumu, im bardziej rozwijane są idee humanizmu, tym człowiek bardziej okrutny.

Nie oceniam nikogo.  Bo sama wiem, jak ja bym się zachowała w powojennej rzeczywistości, czy byłabym okupantem, ofiarą, czy jednym i drugim.

Nie chcę też pisać, że Wałbrzych jest miastem przeklętym. Raczej naznaczonym. Ale ja i tak czuję się tu ,,u siebie". Dziesiątki lat zrobiły swoje, można już mówić o tożsamośi regionlanej, loklnej, etc. Teraz to też i moja przestrzeń. Z całym bagażem - dobrym i złym - poprzednich, żyjących tu pokoleń.

środa, 08 lutego 2012
Mój pociąg (do)życia

...takie fragmenty kołaczą mi się po głowie;)

 

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam
[...]
Przez życie nie chce gnać bez tchu

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!
A życie przecież po to jest, żeby pożyć
By spytać siebie: mieć, czy być?
Bo życie przecież po to jest, żeby pożyć
Nim w kołowrotku pęknie nić
[A.M.Jopek]

Tyle że mnie w tym życiu - mimo wszystkiego, czego doświadczam - to w sumie nie jest tak źle. Owszem, można ,,po polsku" pocieszyć się, że innym jest gorzej, ale - cytując Kazika: ,,Nie da ukryć się, że są tacy, którym jest lepiej" ;)

Cały czas uważam, że odbiór rzeczywistości zależy od naszego nastawienia i głupotą jet ,,rozkminiać" coś, na co nie mamy wpływu. Banalnie może to zabrzmi, ale... jeśli nie można zmienić rzeczywistości, to należy zmienić podejście do niej. I mniej odpowiedzialności w życiu, bo to ona nas przytłacza: wciąż będziemy czuli się odpowiedzialni za postępowanie innych, za to, że mogliśmy to czy tamto, że inaczej, etc.

Uważam, że intuicyjnie człowiek postępuje w danej sytuacji najlepiej, jak potrafi.

A wracając do pociągu, w pewnym sensie mój ma defekt – wszak ułomność prawa, przedmiotów i postaw to prawie nasza cecha narodowa [vide: stadion narodowy]. A więc mój pociąg ma defekt. Ktoś zapomniał w nim o hamulcach. I za cholerę nie ma śmiałka, który położyłby się na torach, żeby go zatrzymać;) Widocznie prawdą jest, że jelenie wyzdychały. Ale zdychając mogły choć paść na te tory, byłby jakiś pożytek;) Że też ludzie nie chcą dostrzegać dobrych rzeczy i nie myślą o możliwościach ,,spożytkowania" ;)

niedziela, 05 lutego 2012
Wkrótce wiosna! Czyli przebudzenie na ludowo…

Nie cierpię zimy, zimna, zakładania na siebie stu rzeczy, odśnieżania samochodu… Niekiedy ten stan rekompensuje mi lekki wyż z temperaturą około 0°C – najlepsza pogoda na biegówki; jedyna forma ruchu na świeżym powietrzu, jaką toleruję o tej porze roku. No, może jeszcze kulig z grzańcem;-)

Stąd też z niecierpliwością oczekiwałam dzisiejszego dnia, aby wiedzieć, ile jeszcze potrwa zima;) Dziś św. Agaty, a ,,w dzień Agaty, jeśli słonko przez okienko zajrzy do chaty, to wiosenka na świat pogląda zza zimowej kraty”. Poza tym ,,gdy mróz w lutym ostro trzyma - wtedy już niedługo zima”.

A więc – jakby nie patrzeć, jakby nie liczyć, dni mroźnej zimy są policzone – hura!

Pozostając przy ludowości… chyba nie obumarł we mnie jeszcze instynkt badacza, bowiem kiedy nadarzyła mi się nie lada okazja – kobieta ,,perła” – do badań, to momentalnie wskoczyłam w auto… Stwierdzam, że rytuały oparte na ludowej wierze mają się dobrze. Owszem, teraz nazywa się je trochę inaczej, ale symbolika, odwołania, podłoże, a przede wszystkim ,,skuteczność” ta sama, mimo że od wieku XIX do XXI upłynęło wiele wody. Ale przecież człowiek też przez wieki niewiele się zmienił: ma podobne pragnienia, namiętności, obawy, etc. Po zakończonej rozmowie, kobieta powiedziała mi też wiele rzeczy, które dotyczył mojej rodziny - w sumie też po to jechałam; wiedziałam, że ona wie; nie wiedziałam, czy zechce powiedzieć. Powiedziała. Potem zasugerowała pewne przemyślenia, próbując wpłynąć na zmianę mojego postrzegania otaczających mnie osób. Nie jestem podatna na sugestie – za dużo na tym złamałam zębów, zbyt wiele potrafię odczytać symboli… ale w jednym muszę przyznać jej rację: ,,zamiatanie pod dywan” pewnych rzeczy tylko po to, aby ,,jakoś” na co dzień funkcjonować, to nie jest dobry pomysł – niby oczywiste…. Więc teraz nie zamiatam. Leży sobie to wszystko wywalone nie wierzchu, ba! pozwalam nawet wyłazić starym ,,śmieciuchom”. Jestem ciekawa finału – wiosna będzie na pewno; ciekawe czy tylko w przyrodzie?...

sobota, 04 lutego 2012
środa, 01 lutego 2012
Umrzeć - tego się nie robi kotu…, no bo w tym życiu tak naprawdę jest ważne?...

 Rozmawiałam ostatnio z doświadczonym przez życie człowiekiem. O wielu rzeczach i tych istotnych, i błahych. I zeszło nam na temat kina. Powiedział, że nie pójdzie obejrzeć ,,W ciemności”, bo dość miał w swoim życiu tragicznych przeżyć, a traumę powojenną wspomina do tej pory. I biedę z dzieciństwa. – Moi rodzice mieli jeszcze gorzej, bo doświadczyli wojny – tłumaczył. Dodał także, że unika wszelkich filmów, obrazów, wspomnień i historii, które mogłyby wprowadzić go w stan smutku i melancholii. Że nie wie, ile zostało mu życia i chce je przeżyć, nie doświadczając smutku, jeśli nie musi. Na pewno jednak nie chce sobie go fundować. I mimo że bywa często sarkastyczny, to jednak każdego dnia stara się, co – jak zaznacza, jest dla niego cholernie trudne - optymistycznie podchodzić do życia.

A do mnie, kiedy piszę te słowa, dociera właśnie informacja, że Wisława Szymborska nie żyje…  Symbolika chwili polega na tym, że od dłuższego czasu kołacze mi się po głowie jej ,,Kot w pustym mieszkaniu”, właśnie w kontekście wartości chwili i obecności/braku drugiego człowieka.

-------------------------------------------------------------------------

I co tak naprawdę jest w życiu ważne?... Kolejne pytanie, na które niby znam odpowiedź, a jednak….

- Jak się nazywa to uczucie w głowie, uczucie tęsknego żalu, że rzeczy są takie, jakie najwyraźniej są?

- Chyba smutek, panie.

— Terry Pratchett
Mort

Tylko starożytni Grecy mieli bóstwa pijaństwa i radości. Dionizosa i Bachusa. My mamy za to Freuda, kompleks niższości i psychoanalizę. Boimy się wielkich słów w miłości, a lubimy je w polityce. Smutne pokolenie.

— Erich Maria Remarque (Paul Remarque)

 

A może nam się wszystkim w dupach po przewracało, że zamiast rzeczami istotnymi zajmujemy się na co dzień pierdołami, beznadziejną polityką, jednodniowym newsem z brukowca, a emocjonujemy sprawami, na które i tak nie mamy wpływu?...  Mądrość ludowa poszła w odstawkę, a ta w 3D w ogóle się nie sprawdza. I paradoksalnie: gdybyśmy bardziej skupili się na sobie (to wcale nie egoizm!…) i wsłuchali w siebie, zapytali, o to, co dla nas/kto, a raczej ile osób jest ważnych, to być może żyli byśmy świadomiej. Delektując się każdą chwilą, która nam dana… Uzupełnianiem kolekcji bezcennych chwil w klaserze życia, jakkolwiek banalnie to brzmi.

No bo ile tychże chwil jeszcze każdemu z nas zostało? I co potem? I to nie tyle z nami, ale z tymi, co po nas zostaną... jak te koty w pustym mieszkaniu.

niedziela, 22 stycznia 2012
Kolekcjonersko... w kwestii zasłyszanych historii

Jadzie autostradą mężczyzna. Ma nie do końca dobrze przymocowany rower na dachu auta. Większa prędkość, mocniejszy wiatr i huk: rower spada. Na szczęście nikt nie jedzie, a jednoślad ląduje na poboczu przy barierce totalnie pognieciony od uderzenia.  Mężczyzna zatrzymuje auto i powoli cofa na pasie awaryjnym. Nagle zauważa podjeżdżający samochód. Wykasuje więc  ze swojego i prosi, aby kobieta (czyli ,,kierowczyni”) wyprzedziła go i zatrzymała się przednim, bo… [i tu chciał dopowiedzieć, że chce wziąć rower, bo spadł, etc.] Nie zdążył, bowiem z auta wyszła roztrzęsiona kobieta i łamiacym się głosem mówi: - Widział Pan?!... Widział?... Chyba przejechałam rowerzystę…

Tak w ogóle to się potem okazało, że to była jego znajoma. Spotkali się gdzieś tam w środku Polski;)

... w kwesti bezcennego dystansu...

 Niezadługo zdamy sobie sprawę, że już nie to jest najważniejsze: umierać za idee, style, tezy, hasła, wiary; i nie to także: utwierdzać się w nich i zamykać; ale co innego, ale to: wycofać się o krok i zdobyć dystans do wszystkiego, co nieustannie wydarza się z nami.

Witold Gombrowicz, Ferdydurke (Rozdział IV: Przedmowa do Filidora dzieckiem podszytego)

Niekiedy – jak mawia moja koleżanka z ,,lewego biurka” - za bardzo rozkminiam pewne rzeczy. Zdarza mi się, owszem, rozbierać wszystko na cząstki wielkości pierwiastka z atomu. Ale z wiekiem coraz rzadziej. I odwrotnie proporcjonalnie do doświadczeń. No, ale one kształcą. Uczą też dystansu. Do siebie. I innych. Obrócić coś w żart, zachować dystans. Wyciągnąć spostrzeżenia. I to nie tylko w tych sytuacjach trudnych, ale i arcybanalnych, codziennych. Chyba ten dystans zawdzięczam panu ,,A”. Przypomnę, że to ten, którego poprosiłam kiedyś o kupno w markecie mąki do wypieku chleba. Typu 650. Dzwoni i mówi, że nie ma. Ja mu na to, że niemożliwe, on mi – podirytowany – że nie ma na pewno. Bo wszystkie są kilogramowe. Ostatnio przyrządziłam w ziołach piersi z kurczaka. Baaaardzo mu smakowały i po zjedzeniu kilku zapytał, czy może jeszcze kawałek tej dobrej rybki…  Kto kiedykolwiek próbował mojej kuchni to wie, że czuję się w tym dobrze i nie mam czego wstydzić.

 

Ale to sytuacje codzienne. Zdarzają się też te inne, gdzie albo walić w pysk, albo się zdystansować. I trzeba wiedzieć, co w danym momencie właściwsze. I dystans okazuje się bezcenny... Bo za wszystko inne można zapłacić w PLN;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26