niedziela, 22 stycznia 2012
Kolekcjonersko... w kwestii zasłyszanych historii
Jadzie autostradą mężczyzna. Ma nie do końca dobrze przymocowany rower na dachu auta. Większa prędkość, mocniejszy wiatr i huk: rower spada. Na szczęście nikt nie jedzie, a jednoślad ląduje na poboczu przy barierce totalnie pognieciony od uderzenia. Mężczyzna zatrzymuje auto i powoli cofa na pasie awaryjnym. Nagle zauważa podjeżdżający samochód. Wykasuje więc ze swojego i prosi, aby kobieta (czyli ,,kierowczyni”) wyprzedziła go i zatrzymała się przednim, bo… [i tu chciał dopowiedzieć, że chce wziąć rower, bo spadł, etc.] Nie zdążył, bowiem z auta wyszła roztrzęsiona kobieta i łamiacym się głosem mówi: - Widział Pan?!... Widział?... Chyba przejechałam rowerzystę… Tak w ogóle to się potem okazało, że to była jego znajoma. Spotkali się gdzieś tam w środku Polski;) ... w kwesti bezcennego dystansu...
Niezadługo zdamy sobie sprawę, że już nie to jest najważniejsze: umierać za idee, style, tezy, hasła, wiary; i nie to także: utwierdzać się w nich i zamykać; ale co innego, ale to: wycofać się o krok i zdobyć dystans do wszystkiego, co nieustannie wydarza się z nami. Witold Gombrowicz, Ferdydurke (Rozdział IV: Przedmowa do Filidora dzieckiem podszytego)
Niekiedy – jak mawia moja koleżanka z ,,lewego biurka” - za bardzo rozkminiam pewne rzeczy. Zdarza mi się, owszem, rozbierać wszystko na cząstki wielkości pierwiastka z atomu. Ale z wiekiem coraz rzadziej. I odwrotnie proporcjonalnie do doświadczeń. No, ale one kształcą. Uczą też dystansu. Do siebie. I innych. Obrócić coś w żart, zachować dystans. Wyciągnąć spostrzeżenia. I to nie tylko w tych sytuacjach trudnych, ale i arcybanalnych, codziennych. Chyba ten dystans zawdzięczam panu ,,A”. Przypomnę, że to ten, którego poprosiłam kiedyś o kupno w markecie mąki do wypieku chleba. Typu 650. Dzwoni i mówi, że nie ma. Ja mu na to, że niemożliwe, on mi – podirytowany – że nie ma na pewno. Bo wszystkie są kilogramowe. Ostatnio przyrządziłam w ziołach piersi z kurczaka. Baaaardzo mu smakowały i po zjedzeniu kilku zapytał, czy może jeszcze kawałek tej dobrej rybki… Kto kiedykolwiek próbował mojej kuchni to wie, że czuję się w tym dobrze i nie mam czego wstydzić.
Ale to sytuacje codzienne. Zdarzają się też te inne, gdzie albo walić w pysk, albo się zdystansować. I trzeba wiedzieć, co w danym momencie właściwsze. I dystans okazuje się bezcenny... Bo za wszystko inne można zapłacić w PLN;)
czwartek, 19 stycznia 2012
Jak cię widzą, tak... porządek świata oznaczają
Gdzieś tam kiedyś jedna z gazet wydawana w miejscowości, w której pracuję, opisała mnie w rubryce związanymi ze strojami i to w miarę dobrze. Mieszkam w innej miejscowości, gdzie owszem, gazeta ta dociera, ale super popularna nie jest. Tyle k’woli wstępu. Miałam ostatnio aż (!) jeden dzień urlopu… Totalnie więc zaszalałam: kawa w łóżku, książka, etc. W końcu wyskoczyłam też po zakupy do miejscowego marketu, w kurtce, której to mi się nie chciało prasować, spodniach simbadach i śniegowcach. I w czapeczce z daszkiem zasłaniającym pół twarzy, no bo komu chce się robić makijaż podczas urlopu;) I widzę, że jak kręcę się między tymi półkami, to kasjerka wychyla się zza kasy i mierzy mnie z dołu do góry. I z góry na dół. I tak kilka razy. A wcześniej nigdy tego nie robiła... Co prawda, trzeba przyznać, że rzadko tak abnegacko wyglądam, no ale w końcu moja osoba to żaden powód do zainteresowania. Podchodzę z koszykiem do kasy. - A co to, ma pani urlop, że tak przed południem dziś?... – dopytuje kasjerka. - Tak… - odpowiadam i dodaję, że przynajmniej komfort, bo mogę wskoczyć w dres [że też mam we krwi to idiotyczne tłumaczenie się…]. - No właśnie! – zareagowała ucieszona. – Bo my tu widziałyśmy panią w gazecie. W takiej rubryce z modą – powiedziała jednym tchem i wyraźnie ucieszona, że dziś to wyjątek, no bo dobrze pisać o babie w dresie?!.... No nie ten porządek świata. A ja w swej naiwności byłam przekonana, że miejscu zamieszkania, gdzie nie mam znajomych, gdzie nie pracuję, gdzie nie integruję się za bardzo z tubylcami, jestem totalnie anonimowa. Że nikt nie wie dokładnie, w którym budynku mieszkam, czym się zajmuję… Pociesza mnie tylko fakt, że naiwność to cecha młodości;)
środa, 11 stycznia 2012
Noc z Prosektorium
Jestem skrzywiona czytelniczo. Bo mało co mnie zachwyca. Cóż, jak się czytało na akord, to potem ma się wstrętodruk i wszystko jakieś takie blade, nijakie, bez emocji… Dlatego kiedy natrafię na pozycję, która chwyta za gardło, serce, trzewia czy cokolwiek, to spieszę się, aby podzielić, zachęcić, zmotywować innych. Zacznę od tego, że czytam ,,Cmentarz w Pradze” Umberta Eco, ale w takim moooooozooooooolnym tempie, że ledwo co weszłam za bramę;) Za to w tzw. międzyczasie sięgnęłam po polską obyczajówkę – rzec można, że rzecz lekką, łatwą i przyjemną, debiut Olgi Paluchowskiej-Święckiej pt. ,,Prosektorium”. Owszem, opisy przygotowania ciała do pochówku są dość obrazowe, ale tak naprawdę stanowią jedyni tło wydarzeń, które – mimo że nieopisane tak wyszukanym językiem, jak czarne zakamarki duszy bohatera Eco – to jednak świetnie: i z humorem, i z dystansem, i ze łzą w oku komentują codzienność. Czyta się szybko i jednym tchem. Nie przeciągając wątku: WARTO przeczytać, polecam. Fot. i opis - źródło: merlin.pl:
Zmysłowa i kobieca książka o sile uczuć, oparta na niebanalnym pomyśle, momentami szokująca, a jednocześnie niezwykle subtelna. ps. Rozmawiałam dziś z księdzem o wyższości pochówku urnowego nad tradycyjnym. No nie-do-przes-ko-cze-nia. Nie.do.prze.sko.cze.nia...
poniedziałek, 09 stycznia 2012
I jak tu by siebie określić?...
Wspominałam już kiedyś, że z badań Grzegorza Raka (UW) wynika, iż respondenci Ziem Zachodnich charakteryzują się najniższym stopniem identyfikacji z Polską, a najwyższym z Europą (pod uwagę wzięto wielkie regiony historyczne: Wielkopolskę, dawną Galicję, dawne Królestwo Kongresowe i właśnie Ziemie Zachodnie). Co więcej, uwzględniając podział regionalny na wyższym poziomie szczegółowości (Małopolska, Wielkopolska, Dolny Śląsk, Górny Śląsk, Warmia i Mazury, Mazowsze, środkowa Polska, Pomorze, Opolszczyzna) uczniowie Dolnego Śląska pod względem siły identyfikacji z Polską zajęli zaledwie szóste miejsce [na dziewięć], a pierwsze w kategorii utożsamiania się z Europą. Siła natężenie związku z regionem sytuuje ich na trzecim miejscu – po Wielkopolsce i Małopolsce, a na równi z Pomorzem. Najsłabiej z Polską identyfikują się uczniowie z regionów przyłączonych do Polski po 1945 roku. Dlaczego to przywołuję?... Ponieważ ja najpierw utożsamiam się z Dolnym Śląskiem, potem z Europą a najsłabiej z Polską (kiepska ze mnie patriotka, nawet czasami mi wstyd...). I sądziłam, iż jestem w tym odosobniona, a tu się dziś okazało że jednak nie;-) Są inni młodzi, myślący podobnie. Z drugiej strony dziś był też dzień ,,medialnie” dobrze kształcący naszą tożsamość narodową – wszak możemy byś dumni i z Kowlaczyk, i z Owsiaka. Idąc dalej, w tożsamość regionalną i kulturową, można pokusić się i o tą ,,osobistą”. Ciekawe, czy na pytanie: ,,Kim jesteś?” potrafisz odpowiedzieć inaczej, niż wpisując się w role, że np. mężczyzną/kobietą, ojcem/matką, synem/córką, handlowcem/nauczycielem, etc. Konia z rzędem temu, kto w ogóle wypisze co najmniej 10 określeń, choćby ról. A królestwo temu, kto potrafi określić siebie, nie wpisując w owe role społeczno-kulturowe. A więc ,,Kim jesteś?” Proszę pomyśleć, określić;) I co?... Wcale łatwo nie jest... A goni człowiek do roboty, spala się, załatwia 100 spraw, dalej biegnie z wywieszonym jęzorem, potem kolejne 100 rzeczy, i to tu, to tam... kasę zarabia, dni płyną, życie przez palce przecieka i coraz bliżej do śmierci, a nawet nie potrafi określić, kim jest/po cholerę mu to wszytsko i jaki sens tego wszystkiego. Ot, paradoks;)
niedziela, 08 stycznia 2012
Cegłą w łeb
Mamy dziś finał WOŚP, więc wszędzie wolontariusze i czerwone serduszka. I BARDZO DOBRZE, bo już dzisiejsze śniadanie w Radiu Zet podniosło mi ciśnienie, bowiem niektórzy goście Moniki Olejnik - prawicowi, dodam - walą w akcję, bo… ,,potem na Woodstocku to nie wiadomo, co się dzieje”. I oczywiście mówią to ci, których noga w życiu tam nie stanęła. Inny kolega promuje dziś na FB Caritas. A ja pamiętam te niedawne czasy, kiedy z ambony padało, że nie należy wrzucać do puszek, tylko dawać na Caritas, bo przynajmniej wiadomo, gdzie kasa idzie… Sądzę, że nie ma szpitala w Polsce, w którym nie zakupiono sprzętu dzięki akcji Owsiaka. I ci młodzi ludzie-wolontariusze: szacun, że chcą, że się poświęcają, że w to wchodzą. Więc niech mi nikt nie chrzani o wyższości Caritasu nad WOŚP, bo to jak z dysputą o Mickiewiczu i Słowackim. Wiadomo, że na korzyść Słowackiego;) Ale wracając do sponsorowanego śniadania: dyskusja nt. sytuacji ad.recept. Oczywiście w gronie samych tylko ,,znawców”, ale tego, która partia była za, a która przemilczała. A babcia jedna z drugą nadal odchodzą od okienka w aptece, bo nie ma zniżki, k… mać. Bo bogaty spod ziemi wyciągnie, a kupi. A tu jak zwykle spieprzone reformy walą w najbiedniejszych. Podobnie z sytuacją reorganizacji (jakiż to eufemiz!…) sieci 6 szkół [słownie: sześciu] szkół w Wałbrzychu. Gdzieś tam w Polsce jedną chcą zlikwidować i podniosło się larum, a tu aż sześć i ogólnopolskie media milczą. A ,,trzeba" zlikwidować, aby dopełnić dzieciakami w molochach (bo na te i tak gmina musi łożyć). I zostanie taki Sobięcin czy Poniatów bez szkoły… A aspekt społeczny planowanych zmian?! Wszyscy mają w przyrodzeniu, wiadomo. Grunt, to ekonomia, no przecież nie człowiek. Szczególnie te maluszki z oddziałów przedszkolnych z Poniatowa – przecież one nawet nie mają gwarancji dowozu… Bo nie każde z zamożnego domu i mama zimą autkiem pod drzwi podwiezie… Bo to tak właśnie jest, że bogatemu to i na skale wyrośnie, a biednemu w drewnianym kościele spadnie cegłówka na łeb. Mnie, ubogiej duchowo, spadła dziś tak, że jeszcze nie mogę się otrząsnąć: poszłam dziś do kościoła (prawdę pisząc, bo ,,musiałam” – ale to inny temat) i… na koniec mszy zaśpiewała młoda dziewczyna pięknym głosem to:
Źródło: youtube I łzy pociekły mi same, ignorantce duchowej… Chciałabym, aby odśpiewano to na moim pogrzebie...
piątek, 06 stycznia 2012
Znamy już ideał kobiety!
Brytyjski portal feelunique.com zapytał ponad 9 tys. osób o najbardziej atrakcyjne części ciała najpiękniejszych kobiet na świecie. W ankiecie znalazło się 8 znanych pań. Portal połączył je w jedną kobietę dealną, tzw. "Ultimate Celebrity". Włosy: Kate Middleton
Źródło: polskatimes.pl oraz: feelunique.com Oj tam, oj tam… tyle osób musieli przepytać... Ideał – przynajmniej osobowościowy - mądrość ludowa definiuje krótko: dama na salonach, kucharka w kuchni i dziwka na w sypialni. Ot, i filizofi(j)a; Ciekawe, która wersja bliższa ideału?;)
środa, 04 stycznia 2012
Różnice polityczno-kulturowe, czyli ignorancja z dala od Europy
Urodzony na Dolnym Śląsku, w Obornikach Śl., jako syn przesiedleńców-repatriantów. Dalej w biografii tegoż Dolnoślązaka pewien młody pół-Polak (z matki jeno, co to do jej ojczyzny przylatuje jak do kraju trzeciego świata, ale dla szpanu zna nieco polski...) czyta, że ów mężczyzna rodzony w mym regionie ,,[…] pierwszy raz został aresztowany w grudniu 1971 roku”. W kolejnych wersach stoi, że: ,,[…]wielokrotnie aresztowany”. I wytłumacz tu człowieku obcokrajowcowi, że to wszystko pisane z dumą. Wszak chodzi o prezydenta RP, a takie zapisy widnieją na jego oficjalnej stronie. – Ale co to za prezydent, że chwali się tym, że siedział w wiezieniu? - pseudoeuropejczyk dopytuje dalej. – U nas tak było, i po wojnie, i później… wielu patriotów ma taką biografię – tłumaczy mu się, jak krowie na rowie, podpierając faktami z historii współczesnej, zresztą nie tylko Polski. – Kryminaliści od wojny u was rządzą? – kpi i nie daje za wygraną. No, ignorant czy no ignoramus?... I dziwią się potem, że człowiek może czasem i nietolerancyjny.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Pozycja jedynkowa na cztery i pięć, czyli dlaczego kawa jest NAJlepsza, a Winston Churchill NAJbardziej lubił świnie
Zgodnie ze słownikową definicją słowo ,,marudzić” oznacza: ,,wyrażać swoje niezadowolenie, rozczarowanie; narzekać, biadolić, jojczeć, jojczyć, lamentować” – uznajmy umownie oczywiście, że mamy tu jakąś gradację – i jestem dziś na pozycji ,,1”. W sumie nie na trójce czy piątce, dlatego że pomału łapię dystans rozumiany tu jako termin nr 4 i 5. Wystarczy spojrzeć w słownik: ,,dystans” 1. «odległość w czasie lub przestrzeni»; 2. «wymierzony odcinek toru, na którym odbywają się wyścigi»; 3. «różnica stopnia zamożności, wykształcenia itp. dzieląca jedną osobę od drugiej»; 4. «chłodny, oficjalny stosunek do kogoś»; 5. «ostrożny, pozbawiony emocji stosunek do jakichś spraw». Oczywiście, że to powyżej to przysłowiowe ,,pierdzielenie” (za przeproszeniem!) Ciekawe, kto w ogóle doczytał sumiennie te definicje do końca? ;) Ale właśnie z takim ,,pierdzieleniem” mam do czynienia niejednokrotnie na co dzień;) I uczę się dystansu tego bezcennego, co nie zawsze przychodzi mi z łatwością, niestety. Wczoraj udało mi się nałapać tegoż bezcennego dystansu do słoika i mam nadzieję, że starczy mi na calutki styczeń: wysoko, pośród ośnieżonych i skutych lodem szczytów, w drewnianym czeskim schronisku, smak kawy w czeskiej musztardówce okazał się bezcenny:) Kiedyś jednak trzeba zejść na dół i przynajmniej tolerować część tego ,,innego” społeczeństwa, które każdemu, kto przy zdrowych zmysłach, działa na nerwy swoją głupotą, egoizmem, snobizmem i cwaniactwem: można by rzecz ,,świnie”. Ale jak się ma do tego pewna obserwacja codzienności: otóż nadchodzi moda (a raczej zasuwa wielkimi krokami od strony Warszawki…) na mikroświnki, których cena dochodzi do 700 funtów. Drogie zwierzaczki, ale czego nie robi się dla szpanu. Argument miłośników tychże ssaczków jest taki, że ponoć te ,,chrumchrumki” są bardzo inteligentne. Biorąc pod uwagę ,,mądrość” niektórych w podejściu do życia i innych, kładę nacisk na ten ich argument ,,bardzo”. W końcu nie bez powodu Chrchill stwierdził: ,,Psy patrzą na nas z szacunkiem, koty z pogardą, a świnie jak na równych sobie”. Tak więc z pozdrowieniem ,,chrum, chrum” - do jutra. NAJlepsza blogerka, gdyby ktoś miał wątpliwości. A że czasem też świnia?... jeszcze doczekamy, że to określenie będzie synonimem zaradności życiowej (oby wcześniej świat się skończył…).
sobota, 31 grudnia 2011
Posumowanie roku… na różowo
Dziękuję wszystkim wiernym i mniej wiernym (w sensie ,,sporadycznym”, aby było jasne…) czytelnikom mojego bloga. Biorąc pod uwagę, iż w tym roku solidnie go zaniedbałam – dzięki podwójne za obecność, komentarze, etc. Mogłabym postanowić (takie to teraz modne), że od nowego roku będzie więcej wpisów o tematyce kulturoznawczej, ba! folklorystycznej może, ale… po co mam czuć niesmak zawodu, niedotrzymanej obietnicy?... Lepiej być mile zaskoczonym. Na usprawiedliwienie tego roku, napiszę tylko, że na drodze stanął brak czasu. Może też trochę brak anonimowości przeszkadza czasem w wyrażaniu tego, co w duszy gra?... Ale rok zamykam wydaniem kolejnej – tym razem ,,konkretnej” już książki i to mnie baaardzo cieszy:) Wiadomo już też, co mi kradło czas;) Więc teraz folklorystycznie. ,,Odchorowałam" ostatnio taką ,,obserwację": otóż nabywałam w drodze kupna wiązankę na pogrzeb. Kwiaciarka bierze w rękę białe kwiaty, więc pytam, czy dołoży mi do nich np. fioletowych. - Fioletowych?... – zapytała co najmniej zdziwiona tak, jakbym zakomunikowała jej, że właśnie za ścianą wylądowało ufo… Więc próbuję tłumaczyć, że pogrzeb, że symbolika… a ona idzie w zaparte, że zawsze robi z jasnych, ,,wesołych” [sic!] kwiatów wiązanki i wieńce na pogrzeby. - To taka smutna okazja, to niech chociaż kwiaty będą kolorowe… Nigdy nie robiłam z ciemnych – i aż się wzdrygnęła. Owszem, ewidentnie widoczne jest tu tabuizowanie śmierci, tak charakterystyczne dla współczesnych, etc., etc., etc. – można się tu rozpisać z perspektywy badacza, ale wracając do kwiatków – proszę ją, aby chociaż dała czarną lub fioletową wstęgę. – Nie mam. Mam tylko białe ze złotym napisem – mówi. Kurcze, myślę, to przecież raczej na chrzest dziecka? ewentualnie jego pogrzeb?… - Ale mam złotą z czarnym napisem – uspakaja mnie, patrząc już na mnie jak na okaz zoologiczny. Stanęło na tej złotej, na szczęście miała napis ,,Ostatnie pożegnanie” a nie np. ,,Na nową drogę życia”…. Że wiąchę tychże kwiatów kupowałam grzecznościowo dla kogoś, to nie miałam okazji tegoż samego dnia skonfrontować na pogrzebie innych wiązek i wieńców w kontekście kolorów kwiatów. Ale poszłam sobie specjalnie kolejnego dnia na cmentarz, na świeże groby (jakkolwiek to brzmi, ale czego nie zrobi się dla zbadania interesującej sytuacji) – i uczciwie muszę przyznać, że ¼ twórczości florystycznej przypominała przywitanie wiosny a nie powitanie zimy życia. Cóż, wszystko się zmienia, płynie – panta rei… jak mawiał Heraklit z Efezu. Choć te ,,wesołe” kolory wrzuciłabym raczej na karb zaniku symboliki poprzez wyparcie śmierci ze świadomości. No, ale pozostałam zdegustowana taką zmianą, to na pewno. Bo ja z tych ,,badaczy”-amatorów, co to dawne było lepsze – nad czym grzmiał świętej już pamięci Piotr Kowalski… odszedł niespodziewanie dla wszystkich kilka tygodni temu… Ale tak sobie myślę, że rację miała może ta kwiaciarka: wszak warto czasem w tym krótkim czarno-białym życiu powszednim (choćby z odcieniami wielu pięknych szarości), złamać wszelkie tradycją utarte normy na rzecz koloru?;) I właśnie jak najwięcej tychże ,,kolorów" życzę Czytelnikom w przyszłym roku:)
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Ból zębów i radość beztroski
Zgodnie z wierzeniami, w poranek wigilijny należy nacierać dziąsła czosnkiem po to, aby zęby były zdrowe przez kolejny rok; dobrze też zjeść ząbek czosnku (właściwości ochronne), aby zapewnić sobie zdrowie na cały następny rok.
Dobrze, że zeżarłam kilka ząbków (wszak nie ma jak ,,praktykujący teoretyk"!...), albowiem dzięki temu nie bolała mnie głowa po tym, jak nazajutrz wpadły mi przypadkiem (Eco twierdzi, że bardziej jest skłonny uwierzyć nawet nie tyle w spiskową teorię co w spiskową praktykę dziejów, niż przypadek...) trzy egzemplarze ,,Życia na gorąco". Nie dość, że osoby są tam przedstawiane jako ,,czwarta żona piątego męża" (a cóż mnie to obchodzi, kto z kim, gdzie i kiedy?), to jeszcze przeciętny Kowalski może dowiedzieć się innych rzeczy: że np. narzeczona kupiła Michałowi Wiśniewskiemu w prezencie... zęby, a jedna z aktorek - za udział w reklamie renomowanej firmy kosmetycznej - otrzyma milion [sic!] złotych. Dzięki Bogu nie mam narzeczonego, a i zęby zdrowe. Urody i talentu też nie mam, więc nie muszę stawać przed dylematem, co zrobić z mili(j)onem złotych - ot, i jeden problem z głowy. Czyż życie nie jest piękne?;)
sobota, 10 grudnia 2011
I co z tego?....
... wali się, pali się, ten to, tamten tamto. A jeszcze to się wyadrzy i tamto będzie. Sensacja goni sensację. - A wie pani - mówi do mnie jedna pani - oni tak obgadywali, że nawet nie będę powtarzać... Ja puszczam oko i z uśmeichem grzecznie pytam, i co z tego?.... ;) Dystans to chyba pierwsza z oznak dojrzałości. I jeszcze wpadł mi pod rękę Tuwim - moja pierwsza miłość:) - z jakże adekwatnym tekstem... Źródło: youtube
czwartek, 08 grudnia 2011
Życie po śmierci. Bo gdzie diabel nie może, tam babę pośle
Ja umarłam, a blog żyje nadal (na FB podobnie: człowiek w trumnie/urnie, a wpisy mu robią...notabene - arcyciekawe zjawisko do zbadania). Widać, że ktoś tu wchodzi i zagląda, nawet 50 tys. odwiedzin od początku licznika, czyli tak od połowy prowadzenie bloga. Dla mnie dobry wynik, przecież nie tworzyłam forum dyskusyjnego, a jedynie miejsce do marudzenia. Odkąd ,,zejszłam" ze świata internetowego prawie (wiem, że ,,prawie" robi dużą różnicę...), to marudzę znajomym. Nie każdy ma cierpliwość mnie słuchać, i słusznie;) I mimo że kontaktów międzyludzkich/towarzyskich/zawodowych mam aż nadto (zatem i pól do dyskusji), to chyba sobie zacznę znów tu uciekać... Żeby pomarudzić i znów mówić o rzeczach oczywistych: że polityka to bagienko, że jak przyjdzie co do czego, to każdy dba o swoją dupę, albo tego, co to jego dupę chroni - ludzkie zapędy, ambicje, namiętności od wieków są niezmienne. Tyle tylko, że kiedyś samce alfa brały za maczugę, a teraz zmieniły się im tylko narzędzia. Poza jednostkami ,,alfa", mamy niemal cały alfabet męskich karykatur;) W każdym razie są też i ci tchórzliwi. I ci inteligentni i tchórzliwi jednocześnie: zastanawiam się tylko, czy oni mają świadomość, że ktoś ich (przynajmniej w części) roszyfrowuje, czy błogo tkwią w przekonaniu, że ich aktorstwo i ,,wybitna" manipulacja watra tyle co zeszłoroczny śnieg, przynajmniej w stosunku do niektórych jednostek. Kiedyś Amerykanie wyszkolili jakiś tam oddział wojska (albo inną militarną ,,jednostkę miary") i wypuścili do walki z wyznawcami Allaha. Panowie, obawiając się o pośmiertne potępienie w wyniku ewentualnej śmierci z ręki kobiety, nawiali... Mężczyźni zawsze walczyli siłą, kobiety sposobem, to oczywiste. I niewiele zmieniło się od wieków. Ktoś kiedyś mi powiedział, że dobrze czasem udać głupiego, ktoś inny, że pokorne ciele dwie matki ssie (ja przed tym stawiam lojalność). Mam swój dekalog, nie twierdzę, że jestem nieomylna, ale staram się żyć przede wszystkim w zgodzie z samą sobą. Czasem się udaje, czasem jest się panem okoliczności/możliwości, etc. Czasem robię coś wyjęte spod prawa moralnego całkowicie i jestem pewna swojego słusznego postępowania. Drugi raz zrobiłabym dokładnie to samo. ------------------------- dr Serce już mnie nie emocjonuje. Trochę mi szkoda, bo zawsze to jakieś emocje lepsze niż żadne... okazuje się to, o czym kiedyś myślałam: nie ma swojego skrzętnie przemyślanego planu, nie uczy się szybko, mało już zaskakuje tak, aby riposta była wyzwaniem. Szkoda... ----------------------- Ponoć dr Serce wraca na parę dyżurów do szpitala - chyba można łączyć funkcje?... Pan od krasnoludków (też nic do niego nie mam, żeby było jasne), nie wraca do ratusza, bo go dr Serce nie chce, oj, oj, oj.... Chłopcy w krótkich spodenkach nadal bawią się w politykę. Ja zbieram doświadczenia: i zawodowe, i osobiste. Nie znaczy, że jestem mądrzejsza. Znaczy tylko, że potrafię zdiagnozować, iż czasem znajduję się w czarnej dupie. Tak jak dziś. I coś trzeba coś z tym zrobić;)
piątek, 11 listopada 2011
czwartek, 10 listopada 2011
Czym żyje Polska...
... podczas okresu, w jaki tworzy się nowy rząd? Śmiercią Hanki Mostowiak i brakiem orzełka na koszulkach piłkarzy. Oby dwie sprawy mają bezpośredni wpływ na nas, nasz kraj i kolejne 4 lata polskiej rzeczywistości.
niedziela, 30 października 2011
Homeopatia
Sesja wyleczyła mnie z gorączki powyborczej i przedwyborczej. Nie z sentymentu do gminy czy nadal pozostawionemu tam sercu. Dawka tego, co zobaczyłam na sesji (choć było to niewiele), spowodowało tak totalny niesmak, że mam alergię na Głuszycę Wyborczą. Co innnego się mówi, co innego myśli, kto inny zainicjował referendum, ktoś inny wszedł w skałd 5-osobowej grupy, a ktoś jeszcze inny za tym cichutko stoi. Inny człowiek jeszcze liczy, że zajmie stołek [sic!], bo przecież nie o wizję gminy chodzi, kto inny jest naganiaczem, kto inny wyskoczy w ostatneij chwili, jak filip z konopii. Dosłownie - jak filip, czyli zając, tchórz. Choć być może to lew skórze lisa?... Trudno jednoznacznie określić, wszak ten, kto mieczem wojuje, od miecza winien zginąć. W każdym razie makiawelizm w klasycznym a nawet pięknym wydaniu. Ja odpadam.
niedziela, 16 października 2011
Maraton kultu-r(e)alny
Marudzenie, że nic się u nas nie dzieje i nie ma gdzie wyjść, świadczy tylko o kulturalnym leniu. Bo może i nie wszystko jest najwyższych lotów i kulturą przez wielkie ,,K", to jednak można ciekawie spędzić sobotni wieczór w Wałbrzychu - i teatralnie, i muzycznie, i filmowo. W sobotę był tak duży wachlarz ciekawych przedsięwzięć, że śmiało można mówić o wyborze. Mnie udało się być na monodramie ,,Złamane paznokcie. Recz o Marlenie Dietrich" inaugurującym małą scenę w TLiA. Nie będę się tu silić i udawać, że potrafię naspiać porywającą recenzję teatralną. Powiedzmy, że jak się uprę, to napiszę. Ale mi się nie chce. Dlatego krótko: warto było pójść, polecam. Zbigniew Zamachowski świetnie poprowadził sobotni koncert muzyki filmowej w naszej filharmonii. I mimo że prym wiodły tematy muzyczne z ,,animek", to i tak poruszyły - także tym dorosłym słuchaczom - muzyczne struny duszy. Kultowy Koterski (cóż, skomercjalizowany, trzeba przyznać), został mi na koniec. Co prawda, z dialogu Więckiewicza z Woronowiczem nie dowiedziałam się niczego nadto, co już wiem sobie, jako ,,babie", ale przynajmniej potwierdziły się stereotypy [?] o płci mózgu, innym postrzeganiu świata, etc. Co prawda, nie miałam już na blogu ,,dowalać" panom, ale ... mężczyźni popełniają 5 razy więcej samobójstw, 90 procent więźniów to mężczyźni, a 90 procent pozwów o rozwód składają kobiety - wynik tychże badań (naukowych, oczywiście) przywołałam ja, czyli Jarząbkowa, przedstawicielka ,,słabszej" płci.
niedziela, 09 października 2011
Poooooszło!
Zagłosowałam. Po raz pierwszy od 1990 roku. W sumie po to, aby dać dobry przykład. Jeden krzyżyk na jednej żółtej kartce jeszcze jakoś do przeżycia. Ale PLIK białych kartek dla jednego krzyżyka?! Boże, to pół lasu poooooszłoooooo na przemiał! Marnotrawstwo totalne. Jak i nasze rządy;) Nie łudzę się, że będzie lepiej, ale przetasowanie na górze przyda się wszystkim.
poniedziałek, 03 października 2011
Kret przy urnie
Borys Szyc i Marian Dziędziel. Syn i ojciec w filmie Rafaela Lewandowskiego, w filmie skrytykowanym przez większość: że znów rozdrapywanie ran, że słowo ,,lustracja" pokazane co najmniej w kilku kontaminacjach. Dla mnie film mniej tendencyjny niż ,,Czarny czwartek". Film, który nie wystawia oceny, a pyta ,,dlaczego?". I niekoniecznie jego tematyką jest współpraca czy jej brak z SB. Dla mnie to film o miłości ojca do syna. I trudnej miłości syna do ojca. Miłości uwikłanej w codzienność, ale i los, i historię Polski. Tej Polski, o którą walczyli nie tylko nasi dziadkowie w czasie wojny czy też jeszcze długo po niej (NKWD, UB, SB...), ale i rodzice. Wszyscy po to, aby ich dzieci żyły w wolnej Polsce. A my to wszystko mamy teraz w dupie i nawet nie chodzimy na wybory. Ot, paradoks...
poniedziałek, 26 września 2011
Ochrona gatunku
Właśnie kończę jedną pracę przed komputerem, do drugiej jadę na 7.30. Cały czas sobie powtarzam, że nadgorliwość gorsza od faszyzmu, ale jestem dla siebie złym nauczycielem: skutków bowiem brak... Oczywiście, że był weekend, ale podczas niego inne zajęcia-obowiązki, więc tydzień należało zacząć bladym świtem, żeby mieć choć cień nadzei, że się zdąży dziś ze wszytkim. I potem ktoś mnie pyta, dlaczego ja nie wybieram się na Festiwal Kieślowskiego? Choć uczciwie muszę oddać, że prócz narzuconych sobie obowiązków (po cholerę, w ogóle...) nie lubię być tam, gdzie wszyscy. Takie głupie pojmowanie indywidualności. A co tam, wolno mi;) Pracować za to lubię, choć mówią, że jelenie już wyzdychały. Cóż, mam przynajmniej satysfakcję, że dbam o gatunek. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czytam. Polecam.
|